facebook

Portrety znalezione w ścianie PDF Print Adres email
Historia
Środa, 11 kwietnia 2012 10:18

b_150_100_16777215_0___images_stories_2012-04_gurdowa_0531.jpgStefania Gurdowa jeszcze w latach sześćdziesiątych prowadziła swój zakład fotograficzny w Łodygowicach. Kiedy w 1968 roku zmarła, szybko uprzątnięto jej mieszkanie. Świadkowie pamiętają jeszcze, jak załadowano jej rzeczy na wóz i wywieziono na śmietnik. Klisze, które zachowały się w jej atelier, miały zakończyć swój żywot wyrzucone do rzeki. Na tym zakończyłaby się historia tej niezwykłej kobiety, gdyby nie negatywy, które 30 lat późnej znaleziono niespodziewanie w ścianie jednej z kamienic w Dębicy, w miejscu gdzie przed wojną Gurdowa miała swoją pracownię.

1200 szklanych klisz, częściowo już zniszczonych, przedstawiało głównie portrety ludzi z tamtych czasów: Żydzi, pracownicy, dzieci, kobiety, młode pary, atleta, młodzieniec, starzec, inwalida, staruszka. W 2007 roku natknął się na nie fotograf i dokumentalista Andrzej Kramarz. Wspólnie z fundacją Imago Mundi oraz Muzeum Etnograficznym w Krakowie podjął się realizacji projektu pod nazwą „Klisze przechowuje się”. Efektem projektu jest niezwykły album z odnalezionymi portretami, oraz wystawa premierowa, którą otwarto w 2008 roku w Krakowie podczas Miesiąca Fotografii. O Gurdowej zrobiło się głośno.
- Kiedy trafiłem na negatywy Stefanii Gurdowej i zacząłem poszukiwania na jej temat w internecie, nie znalazłem nawet jednej informacji pod nazwiskiem Stefania Gurdowa. Dzisiaj, pisząc tego maila wpisałem w Google jej nazwisko i pojawiło sie ponad 8 tysięcy linków - to chyba nie jest źle? – pyta retorycznie Kramarz. Co ciekawe, choć teksty o Gurdowej pojawiały się i w Gazecie Wyborczej (Wyborcza i Onet objęły nad projektem patronat medialny), i w Tygodniku Powszechnym i niemal w każdym portalu poświęconym fotografii, w kraju zyskała dużo mniejszy rozgłos niż za granicą. O Gurdowej pisali na swoich blogach znani fotografowie jak Richard Renaldi, a artykuł na jej temat pojawił się nawet w Lens Culture – jednym z ważniejszych internetowym magazynów poświęconych fotografii współczesnej. Wystawa miała swoją odsłonę również w Belfaście, natomiast album dołączył go światowego grona najważniejszych publikacji poświęconych fotografii. Zdobył nominację do Best Photography Books 2008 w Photo-Eye Magazine w Stanach Zjednoczonych, znalazł się na wystawie 100 najciekawszych albumów podczas festiwalu PHOTO ESPANA w 2009 r., dołączył również do zbiorów poświęconemu sztuce współczesnej Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku.
b_150_100_16777215_0___images_stories_2012-04_gurdowa_3.jpgCo takiego jest w tych zdjęciach, że zyskują rozgłos? Odpowiedź nie jest oczywista. Przede wszystkim intrygują. Rodzą pytania, które do końca będą nurtowały. Dlaczego na kliszach są pary? Czy autorka zestawiła je przypadkowo, czy też według klucza? Czy bohaterami są przypadkowi klienci, czy ludzie, których Gurdowa upatrzyła sobie i zaprosiła do sfotografowania? Czy powaga i napięcie, jakie epatują ze sportretowanych twarzy jest świadomym zabiegiem artystki? Dlaczego klisze ukryto w ścianie? Może wszystkie z tych pytań mają swoją prozaiczną odpowiedź. Klisze wtedy zwyczajowo przechowywało się, a wywoływanie zdjęć parami mogło być podyktowane oszczędnością. Pewności jednak już nie będziemy mieli. Jest coś jeszcze. To nie tylko niezwykłe pole do interpretacji i puszczania wodzy wyobraźni. To skarb mający ogromną wartość antropologiczną. Jeśli przyjrzymy się jak dziś sztuka nowoczesna czerpie garściami z antropologii, można śmiało przyznać, że Gurdowa, być może bezwiednie, była jednym z prekursorów tego procesu. - Patrząc na fotografie Stefanii Gurdowej, spoglądamy na odpryski minionego świata, fragmenty zatopionej przedwojennej Atlantydy – tak na łamach internetowego magazynu kulturalnego dwutygodnik.com, ujął to Dariusz Czaja, antropolog kultury i eseista, który opatrzył wstępem album poświęcony kliszom.
Zapewne jeszcze nieraz usłyszymy o Gurdowej, przy okazji kolejnych wystaw tworzonych z ocalałego zbioru, jak choćby tej otwartej w Krakowie w 2009 roku pt. „Czas niewinności”. Zawiera zdjęcia komunijne wybrane z grona portretów uwiecznionych na tych kliszach. Czy jednak Stefania Gurdowa doczeka się swojego godnego miejsca w historii polskiej sztuki, w szczególności fotografii? Nie wiadomo. - Nigdy nie udało się zdobyć dofinansowania na poważne badania antropologiczne (choć grupa studentów z Wydziału Antropologii UJ była już zebrana) choćby z tego powodu, że Gurdowa cieszy się większym szacunkiem w prasie zagranicznej niż prasie polskiej – przyznaje Andrzej Kramarz. - Trudno było więc o wsparcie. Większość artykułów w prasie lokalnej opiera się na lokalnym patriotyzmie i próbie utożsamiania postaci autorki z miejscem, jednak bez poważnego głosu i szczerego pytania o losy tej b_150_100_16777215_0___images_stories_2012-04_portrety.jpgspuścizny. W rezultacie kiedy dochodzi do prób skłonienia lokalnych urzędów do finansowego partycypowania w kosztach badań okazuje się wówczas, że sprawa staje się mniej ważna.
Trudno się z tym nie zgodzić. Gurdowa pochowana przed laty na łodygowickim cmentarzu parafialnym, nie ma już dziś nawet własnego grobu. Kilka lat temu w jej mogile pochowano już inną osobę. O tym, że leży tu również Gurdowa świadczy tabliczka, umieszczona na bocznej ścianie pomnika, którą przyczepili nieliczni łodygowianie, pamiętający jeszcze panią fotograf z pracowni przy dworcu.

Tomasz Matlakiewicz

 


Niezłomna kobieta

O Stefani Gurdowej warto napisać choćby ze względu na jej życiorys. Po analizie garści faktów z jej życia, które udało się odkryć badaczom, staje przed oczyma kobieta niezłomna, nowoczesna, samodzielna, która przynajmniej o 50 lat wyprzedzała swoje czasy. Czasy kobiet, które dopiero zaczynały korzystać ze swoich praw. Urodziła się w 1888 roku w Bochni. Tam poznawała tajniki fotografii, a naukę kontynuowała we Lwowie. W latach dwudziestych odeszła od męża (zamożnego elektryka), zabierając córkę Zofię. Do 1937 roku prowadziła zakład w Dębicy. Miała nawet filie w Mielcu i Ropczycach. Zatrudniała również pracowników, wśród nich Feliksa Adama Czelnego, o którym po wojnie zrobiło się głośno, dzięki jego dokumentacji fotograficznej zniszczonego Wrocławia. Czelny przez pewien czas był również mężem jej córki. Tuż przed wojną przeprowadziła się na Śląsk, rozpoczynając wszystko od nowa. Po wybuchu wojny, zakład przejęli Niemcy, a córka i wnuczka Gurdowej tuż przed końcem wojny zostały wywiezione na roboty do Austrii. Stamtąd przedostały się do Francji. Gurdowa została w Polsce, a jak wynika z ostatnich, niepublikowanych jeszcze ustaleń, przez pewien czas była więziona w Auschwitz. Po wojnie znów zaczynała wszystko od nowa. Tym razem w Łodygowicach, w wynajętym mieszkaniu. Otworzyła kolejne studio fotograficzne. Córka na krótko powróciła do Polski. Szybko wyjechała ponownie do Francji powierzając jednak Stefani opiekę nad swoim własnym dzieckiem Lidią. - Jej wychowaniem zajęła się babcia-fotografka: przypominająca sobie, że trzeba coś zjeść dopiero dobrze po północy, jak zaświadczają sąsiedzi, skrywająca za parawanem wyleniałą choinkę, przy której, niezależnie od pory roku, lubiła fotografować dzieci – tak opisuje to Agnieszka Sambor, jedna z kuratorek wystawy pt. „Klisze przechowuje się”. Stefania zmarła w 1968 roku. Została pochowana na cmentarzu parafialnym w Łodygowicach. Pozostały po niej tysiące zdjęć. Część z nich, własne lub z podobiznami najbliższych zabrali mieszkańcy Łodygowic. Resztę furman wywiózł na śmietnik, inni podają, że wyrzucił je do rzeki.

 

Dodaj swój komentarz

Imię :
Komentarz :