facebook

Co się zdarzyło na Szewskiej? PDF Print Adres email
Historia
Poniedziałek, 07 maja 2012 08:20

b_150_100_16777215_0___images_stories_2012-05_cosiezdarzylo.jpgDziś, gdyby żył, miałby 59 lat. Choć 7 maja mija już 35 lat od jego tragicznej śmierci, do dziś nie udało się wyjaśnić okoliczności w jakich zginął Stanisław Pyjas. Sprawa studenta z Gilowic to układanka, której elementów wciąż nie da się poskładać w jedną całość. Mnożą się natomiast hipotezy, które co rusz zyskują lub tracą na popularności.

Co wiemy na pewno?
Stanisław Pyjas należał do grupy studentów współpracujących z Komitetem Obrony Robotników. Dwa tygodnie przed jego śmiercią ktoś rozesłał w jego otoczeniu anonimowe ulotki szkalujące jego imię. Anonimy sugerowały, że jest współpracownikiem SB i wzywały do rozprawienia się z nim. Dziś wiemy, że autorami tych pism byli sami funkcjonariusze SB, którzy chcieli skłócić w ten sposób środowisko opozycjonistów. Opozycjoniści z inicjatywy Pyjasa złożyli w tej sprawie skargę w prokuraturze i domagali się znalezienia sprawców. Znaleziono go nad ranem 7 maja 1977 roku na klatce schodowej kamienicy przy ul. Szewskiej w Krakowie. Miał we krwi ponad 2,6 promila alkoholu. Prokuratura prowadząca w 1977 roku śledztwo w tej sprawie przyjęła, że był to nieszczęśliwy wypadek. Przeprowadzono wprawdzie sekcję zwłok, ale śledztwo szybko umorzono. Postępowaniom śledczych przyglądał się pełnomocnik rodziny Pyjasa, mec. Andrzej Rozmarynowicz. Miał dbać o to, aby postępowanie przeprowadzili z należytą starannością i niczego nie ukryli w toku śledztwa. Mimo tego we wrześniu 1977 roku śledztwo umorzono z powodu nie popełnienia czynu przestępnego. Kolejne postępowania w sprawie Pyjasa prokuratura podjęła dopiero w latach 90-tych.

Pyjas spadł nieszczęśliwie ze schodów
Dokładniej opisując, przewinął się przez barierkę i spadł z wysokości 3 piętra. Taką tezę początkowo przyjęła krakowska SB. Tuż po śmierci Pyjasa opłaciła nawet w kilku gazetach ogłoszenia w których informowała o tym, że student zginął właśnie w taki sposób. Stąd do dziś zwykło się przyjmować, że to jest oficjalna teza lansowana przez SB. Nic podobnego. Mimo, że ta teoria była najwygodniejsza dla SB, nadzorowana przez nią prokuratura szybko się z niej wycofała. Sekcja zwłok nadzorowana przez profesora Zdzisława Marka wskazywała bowiem na inną przyczynę (uduszenie wskutek zachłyśnięcia krwią). Na upadek z tych schodów nie wskazywały również obserwacje poczynione w trakcie wizji lokalnej. Potwierdza to m.in. Andrzej Mietkowski, który działał w Studenckim Komitecie Solidarności w Krakowie. Jego zdaniem konstrukcja klatki schodowej uniemożliwiała takie wytłumaczenie. – Zwłoki leżały w określonym miejscu i nad tym miejscem nie było przestrzeni do spadku z klatki schodowej. To był korytarz w bramie – wyjaśniał Mietkowski w lutym ubiegłego roku w rozmowie z dziennikarzem PAP.
Teza o upadku z wysokości zapewne zostałaby puszczona w niepamięć, gdyby nie ostatnie ustalenia biegłych sporządzone na podstawie ekspertyz wykonanych po ekshumacji ciała Pyjasa. Biegli odkryli bowiem złamania kości (szyjki kości udowej oraz miednicy) wskazujące właśnie na upadek z wysokości. Stąd wniosek biegłych, że przyczyną śmierci był upadek z co najmniej siedmiu metrów. Biegli dodają jednak, że nie można na podstawie tych badań wykluczyć udziału osób trzecich.
Stanisław Pyjas i Bronisław WildsteinPytanie tylko, dlaczego tych obrażeń nie wykryła pierwsza sekcja zwłok przeprowadzona tuż po śmierci Pyjasa. Potwierdzałoby to przecież najwygodniejszą dla SB tezę, o upadku – wypadku. Zdaniem Bronisława Wildsteina, przyjaciela Stanisława Pyjasa, który od początku bacznie przygląda się wszystkim postępowaniom, biegli nie szli w tym kierunku, bo nie mogli. – W czynnościach śledczych uczestniczył już wtedy mec. Rozmarynowicz. Doświadczony adwokat, reprezentował rodzinę Pyjasa i nadzorował, aby śledczy niczego nie zataili. Odwołując się do stanu rzeczy i wiedzy fachowców wykluczono więc tą wygodną tezę - tłumaczy. Ireneusz Kunert, prokurator IPN prowadzący obecne postępowanie zauważa natomiast, że tego typu obrażenia, jakie poczynili biegli, dużo łatwiej stwierdzić właśnie po latach. - Z punktu widzenia wiedzy sądowo – medycznej, obrażenia ciała, odnoszące się do tkanki kostnej są o wiele bardziej widoczne (łatwiej możliwe do stwierdzenia) na jej elementach, gdy brak jest tzw. tkanek miękkich (mięśni). Z tych też, oczywistych względów, dokonywanie autopsji zwłok ludzkich w kilkanaście godzin po zgonie nie tworzy dla badających sytuacji, w której mogą oni w całej rozciągłości dokonywać obserwacji i oceny ewentualnych urazów elementów kośćca badanych zwłok ludzkich – tłumaczy. Co do ekspertyzy z sekcji zwłok wykonanej w 1977 roku można mieć więcej wątpliwości. Okazuje się nawet, że Zdzisław Marek, który podpisał się pod protokołem, nawet nie widział ciała. Jeśli jednak przyjąć, że upadek z wysokości faktycznie był przyczyną śmierci, trudno będzie rozsądzić czy był to wypadek, czy też ktoś „pomógł” Pyjasowi wypaść. Zresztą prok. Kunert, niezależnie od ostatnich odkryć biegłych, ostrożnie wypowiada się na temat tego scenariusza. - Na obecnym etapie śledztwa uznać należy, że poczyniono pełne ustalenia, odnoszące się do rodzaju i umiejscowienia obrażeń, na ciele Stanisława Pyjasa. Dalsze działania, koncentrują się na dążeniu do możliwie jednoznacznym określeniu mechanizmu powstania tychże obrażeń – stwierdza. W tym celu Komisja zleciła zespołowi biegłych z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie wykonanie opinii kryminalistycznej z zakresu biomechaniki. Ma dać odpowiedź na Pytania, czy obrażenia te mogły powstać w wyniku upadki z klatki schodowej w kamienicy przy ul. Szewskiej 6. Biegli mają utrudnione zadanie, bo klatka przed laty została już gruntownie przebudowana i nie da się już odtworzyć jej pierwotnego kształtu.

Upadł i zadławił się
Choć ta teza wydaje się jeszcze bardziej karkołomna, właśnie ją w 1977 roku przyjęli biegli w miejsce wcześniejszej o upadku z wysokości. Pyjas miał się przewrócić, a wskutek nieamortyzowanego rękami upadku (efekt upojenia alkoholowego) stracić przytomność i doznać obrażeń, które spowodowały krwawienie. – Śmierć Stanisława Pyjasa nastąpiła z powodu uduszenia przez zachłyśnięcie się krwią broczącą z ran wargi i nosa, w czasie gdy znajdował się on w stanie poważnego upojenia alkoholowego – czytamy w pisemnej opinii biegłych. Ta teza, jakkolwiek by niebyła nieprawdopodobna, miała dla SB jedną ważną zaletę. Pozwalała przyjąć, że śmierć Pyjasa była efektem nieszczęśliwego wypadku, co też uczynił zajmujący się wówczas tą sprawą prok. Henryk Sołga, zamykając śledztwo. Dziś w tą wersję nikt już nie wierzy. Z kilku względów. W emitowanym niedawno w Superwizjerze materiale, reporterzy TVN dotarli do nieznanego dotąd świadka tamtych wydarzeń. To milicjant, który jako pierwszy znalazł się przy ciele martwego studenta. Zeznał on, że Pyjas leżał twarzą do ziemi, a nie na wznak, jak zwykło się do tej pory uważać. (Pyjasa leżącego na plecach przedstawiają wszystkie milicyjne zdjęcia sporządzone wtedy na miejscu zdarzenia). Jeśli wierzyć jego wersji, Pyjas, leżący twarzą do posadzki, nie mógł udusić się krwią. Wildstein również nie zostawia suchej nitki na tej hipotezie o wypadku. - Upadł na płaskiej posadzce i zmasakrował sobie twarz – mówi z powątpiewaniem. – Ja widziałem tą twarz tuż po śmierci. To była zmasakrowana twarz ciężko pobitego człowieka.
Tezę tą obalają również biegli z Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Krakowie. – Już wstępna analiza protokołu oględzin i dokumentacji miejsca znalezienia zwłok Stanisława Pyjasa prowadziła do wniosku, że zdarzenie nie nastąpiło w tym miejscu. – czytamy w protokole. Do takich wniosków skłoniły ich ślady krwi, a raczej ich brak w pobliżu miejsca upadku. W ekspertyzie z 28 kwietnia 1991 roku profesorowie Władysław Nasiłowski i Andrzej Jakliński opierając się m.in. na dokumentacji fotograficznej wskazali również, że obrażenia, jakie stwierdzono u zmarłego nie mogły powstać wskutek upadku na płaską powierzchnię.

Pyjas został pobity
Takimi wnioskami zakończyły się trzy śledztwa w sprawie Pyjasa podejmowane kolejno w latach 1991, 1993 i 1996. Oprócz tego, co już wyżej stwierdza Wildstein, (w 1977 roku po przekupieniu strażnika widział w kostnicy ciało Pyjasa), potwierdza to przytoczona już również wcześniej opinia profesorów Nasiłowskiego i Jaklińskiego. - … biorąc pod uwagę doświadczenie sądowo-lekarskie w podobnych przypadkach urazowych – należy wskazać, że tego rodzaju rozmieszczenie i charakter obrażeń odpowiada częściej następstwom pobicia, np. przy uderzeniach pięścią, kastetem, butem, względnie innym narzędziem.
Co ciekawe również prof. Marek (ten od ekspertyzy z 1977 roku) nieoficjalnie mówiąc o przyczynie śmierci Pyjasa przyznał dziennikarce Polskiego Radia (nie wiedząc o tym że jest nagrywany): – Ja nie wiem, kto mu dał w mordę... Ktoś mu dał. To nagranie do dziś znajduje się w archiwum radiowym. Przytaczają je zresztą również w swoim filmie ”Trzech Kumpli” Anna Ferens i Ewa Stankiewicz.
O tym, że w sprawę Pyjasa zamieszane były osoby trzecie świadczy kolejna (nie ostatnia) tajemnicza śmierć. Niespełna dwa miesiące po śmierci Pyjasa znaleziono zwłoki jego kolegi, również studenta, Stanisława Pietraszki. Pietraszko przyznał, że feralnego dnia widział Pyjasa wychodzącego z akademika w towarzystwie mężczyzny. Szli tak, jakby ta druga osoba dyskretnie prowadziła Pyjasa. Mecenas Rozmarynowicz zabrał Pietraszkę do prokuratury. Tam student składał zeznania i przyznał, że byłby w stanie rozpoznać tego mężczyznę. Sporządzono nawet portret pamięciowy. Do konfrontacji jednak nigdy nie doszło. Kilka dni później Pietraszkę znaleziono utopionego w Zalewie Solińskim. Również w tym przypadku oficjalna wersja brzmiała – nieszczęśliwy wypadek. W to jednak wątpią znajomi i rodzina. Pietraszko miał bowiem alergię, która wywoływała wodowstręt. Unikał więc kąpieli w wodzie. Feralnego wieczoru miał wyjść na chwilę z namiotu znajomych, żeby się przewietrzyć. Znaleziono go martwego, ciało unosiło się na powierzchni jeziora. Miał na sobie czepek i kąpielówki. Mieczysław Pietraszko, brat Stanisława, w filmie Krzysztofa Krauzego pt. „Spadł, umarł, utonął” przyznał, że ciało nosiło ślady urazó, krwi, opuchliznę, a na twarzy sine odciśnięte ślady – jakby po palcach zaciskających się na jego ustach. Dziś nie sposób przyjrzeć się sprawie Pietraszki. Jego akta zostały już zniszczone.
Kolejna śmierć, która zdaje się mieć związek z Pyjasem, dotyczy Mariana Węclewicza, byłego boksera Cracovii, kryminalisty, pozostającego często na usługach SB. W aktach śledztwa zachowała się notatka mówiąca wprost o zleceniu Marianowi Węclewiczowi pobicia Pyjasa. Węclewicz, już po śmierci Pyjasa miał się do tego przyznać Tadeuszowi Sowie (nieświadomy, że ów jest również funkcjonariuszem SB). Sowa jak wynika z notatki służbowej sporządzonej przez innych funkcjonariuszy SB, miał im to powtórzyć. Zaraz potem Węclewicz zginął tragicznie spadając przez barierkę z klatki schodowej kamienicy, w której mieszkał Jan Knapik. Knapik, jak wynika z tej samej notatki, miał ponoć zlecić Węclewiczowi pobicie Pyjasa. Są i tacy, którzy twierdzą, że śmierci związanych ze sprawą  Pyjasa było więcej. - Czterech czy pięciu w tej sprawie poszło do trawy – przyznał lakonicznie Jan Olszak, jeden z byłych funkcjonariuszy SB, który odmawiał autorkom filmu „Trzech Kumpli” udzielenia odpowiedzi na pytania w sprawie Pyjasa.

Pyjas został zastrzelony
Jakkolwiek nieprawdopodobnie brzmiałaby ta teza, są również przesłanki i ku temu by się jej przyjrzeć. W 2010 roku prokurator Ireneusz Kunert zapewniał w dzienniku Rzeczpospolita, „że podejrzenie, iż Pyjas mógł zostać zastrzelony, nadal jest jedną z wiodących hipotez śledztwa”. Dziś jednak nie daje jej wielu szans. - Dotychczasowe opinie sądowo – lekarskie, w najmniejszym stopniu nie uprawdopodobniły tezy, iżby zgon Pyjasa nastąpił w następstwie postrzału z broni palnej – stwierdził.
Wprawdzie swoich podejrzeń, ani żadnych wniosków nie chce formułować w tej sprawie siostrzenica Stanisława Pyjasa, Miriam Agnieszka Przybysz, jednak i ona ma wątpliwości, zwłaszcza jeśli chodzi o przeprowadzoną dwa lata temu ekshumację. Dotyczą one m.in. zagłębień wewnątrz potylicy oraz ich metalicznego zabarwienia. Przybysz, która uczestniczyła w ekshumacji twierdzi również że zauważyła okrągły otwór za oczodołem. Jej matka Alicja Przybysz (siostra Stanisława Pyjasa) złożyła do prokuratury wniosek, aby uwzględnić te obserwacje i przeprowadzić dodatkowe badania. Bezskutecznie. Prokurator nie potwierdził poczynionych przez Miriam Przybysz obserwacji. Podobnie jak obecności dwóch kulistych przedmiotów wielkości pół centrymetra, wyjętych z jamy brzusznej, które siostrzenica miała widzieć. Nie ona jedna zresztą. Na temat kulistych przedmiotów (prawdopodobnie będących pozostałością różańca) i metalicznych zabarwień wypowiadały się również anonimowo dla dziennikarza Polskiej Agencji Prasowej inne osoby.
Zdaniem Miriam Agnieszki Przybysz wiele jeszcze sprawie nie wyjaśniono. - Tylko, że tutaj jest potrzebna wola wyjaśnienia, a ja odnoszę wrażenie, że jej nie ma. Jeżeli prokurator pewnych pytań nie chce zadać biegłym, pewne badania nie są przeprowadzane, to dlaczego? -  pyta. - Dlaczego pewnych rzeczy nie można jednoznacznie wykluczyć, albo jednoznacznie potwierdzić? Choćby po to, żeby rozwiać jakiekolwiek wątpliwości.
Prokurator Kunert nie chciał się jednak odnieść do tych uwag. Zapewnia, że konieczne badania zostały wykonane. - Komisja nie będzie na łamach mediów wchodzić w polemikę z subiektywnymi poglądami i odczuciami pani Miriam Agnieszki Przybysz. Dość by stwierdzić, że w odniesieniu do tych zagadnień biegli udzielili pełnych i wszechstronnych odpowiedzi. Fakt, że nie przystają one, do odmiennych i subiektywnych opinii, niektórych członków rodziny Stanisława Pyjasa, nie uchybiają ich dowodowej miarodajności dla prowadzonego postępowania – uciął.
Bronisław Wildstein osobiście wątpi w teorię o zastrzeleniu. – Ta teza wydaje mi się zupełnie nieprawdopodobna. Ja widziałem twarz zmasakrowanego człowieka. Jeśli można kogoś zatłuc, to po co jeszcze do niego strzelać. Tym bardziej, że chciano zachować jakieś pozory. Można to było załatwić za pomocą kastetu, czy pręta metalowego, bo te obrażenia nie były spowodowane tylko pięściami – tłumaczy.

Czy prawda ujrzy jeszcze światło dzienne?
Zdaniem Wildsteina prawda jest znana od lat, a to, że Pyjas został zamordowany nie podlega dyskusji. - Prawda o Stanisława Pyjasie ujrzała światło dzienne, my o niej wiemy i mówimy od 1977 roku - podkreśla. - Formalnie została przyjęta od 1991 roku, (kiedy prokuratura przyjęła, że przyczyną śmierci Pyjasa było pobicie – przyp. red.). To, że dokonała tego SB również jest powszechnie wiadome. Nie do końca wiemy natomiast dlaczego zginął. Czy to był pomysł na jakiś szerszy plan mający na celu zastraszenie opozycji albo nawet oskarżenie nas o zabójstwo, czy to była rozgrywka na szczycie władzy, żeby dokręcić nam śrubę, czy wypadek przy pracy i nie zamierzone zabójstwo, to wszystko pozostanie przypuszczalnie w sferze hipotez. Gdyby obecna władza chciała się dowiedzieć, to mogłaby się bardziej zaangażować.

Tomasz Matlakiewicz

 

Dodaj swój komentarz

Imię :
Komentarz :