facebook
Poligon gigantów Hitlera PDF Print Adres email
Turystyka
Wtorek, 23 lipca 2013 08:32

b_150_100_16777215_0___images_stories_2013-07_hitler_darowo_2.jpgDarłowo na lato| Wystrzeliwały siedmiotonowy pocisk na 40 kilometrów. To tak jakby w dwie minuty przenieść w powietrzu dwa trzyipółtonowe auta dostawcze z materiałem wybuchowym z Darłowa aż pod Koszalin. Takie działa testowano nad polskim morzem, koło Darłówka.

Próby z artyleryjskimi gigantami odbywały się nad Bałtykiem 80 lat temu. Dziś, gdy Darłowo i Darłówko znane są jako barwne miejscowości wypoczynkowe, trudno wyobrazić sobie dawne problemy niemieckich planistów. Inżynier Heinrich Klein z "Rheinmetall Boersig", który w 1940 roku miał znaleźć miejsce, gdzie dyskretnie można by testować rakiety konstruowane przez tę firmę, tak pisał: -„Brzeg Morza Północnego nie wchodził w rachubę, bo leżał w zasięgu nieprzyjacielskich samolotów rozpoznawczych. Siłą rzeczy poszukiwania musiały się ograniczyć do wybrzeży bałtyckich. Tu trudno jednak było znaleźć odpowiedni teren, gdyż całe wybrzeże od Zatoki Lubeckiej aż po Mierzeję Kurońską objęte już było różnymi programami wojskowymi.”Istniały bowiem już rakietowe poligony doświadczalne Penemünde "Zachód" i "Wschód", przeciwlotniczy poligon pod Wuestrow, poligony artylerii wojsk lądowych  w Międzyzdrojach, Kołobrzegu i w Darłowie oraz poligon przeciwlotniczy Luftwaffe między Ustką a Jarosławcem.  W zachodniej części Darłówka niemieckie wojsko odcisnęło swój but w 1936 roku. Wehrmacht istniał od roku, ale już za głównego przeciwnika uznawał Francję, budującą potężną linię fortyfikacji, zwaną Linią Maginota. Hitler chciał mieć broń, która pozwoliłaby na przełamanie takiej linii obronnej. Pamiętał skuteczność "Grubej Berty". Wojna 1914-1918 roku na zachodzie Europy była pojedynkiem rozwiniętych technologii, w którym ze zwykłymi ludźmi i kosztami nikt się nie liczył. Na tę wojnę wydano tyle, że można by za to każdemu Europejczykowi zafundować dom z ogrodem.   
Poligony były za ciasne
Ale Europejczyków hekatomba pierwszej wojny światowej niczego nie nauczyła. W latach 30. XX wieku koncern Kruppa zaproponował Urzędowi Uzbrojenia cały zestaw różnych wielkościowo dział kolejowych. Najpotężniejsze, "Dora", miało kaliber aż 800 mm i było największym, jakie wyprodukowano kiedykolwiek dotąd. Wehrmacht zamówił trzy takie armaty. Już 1936 roku pojawił się problem, gdzie je testować. Stare poligony okazały się za ciasne. W dokumencie Waffenamtu z 17 kwietnia 1936 roku czytamy, że poligon wojskowy w Meppen w Dolnej Saksonii, tradycyjnie wykorzystywany porzez zakłady Kruppa od 1877 roku, na którym wcześniej testowano "Grubą Bertę", leżał za blisko granicy i był za mały do testów działa kolejowego K 5 (kaliber 28 cm) . Wtedy właśnie wzrok niemieckich sztabowców zwrócił się na Darłówko. Miało zaletę,  że leżało nad morzem. To zapewniało możliwość strzelania równolegle do brzegu, w stronę Kołobrzegu. Tor pocisku i miejsce upadku mogły być rejestrowane przez stanowiska obserwacyjno-pomiarowe z plaży. Zaletą był też fakt, że na zachód od Darłowka rozciagały się tylko torfowiska, lasy i wydmy, niezagospodarowane. To ułatwiało wywłaszczenia, które dotyczyły 3 km kwadratowych. Tu powstało zaplecza techniczne poligonu, warsztaty i montażownia armat, mieszkania dla 30 oficerów, fachowców cywilnych, podoficerów oraz około 100 robotników. W latach późniejszych wyrosło tu całe wojskowe miasteczko, w którym kwaterowało kilka tysięcy ludzi. Zbudowano linię kolejowej z Darłowa oraz "ślepe" torty o długości 200 metrów do stanowisk ogniowych dział kolejowych. Powstały bocznice do warsztatów i magazynu amunicyjnego. Doszły inwestycje wodociągowo - kanalizacyjne, elektrownia i stacja meteorologiczna w pobliżu Kołobrzegu, pracująca na potrzeby poligonu. Wzdłuż brzegu ustawiono "Messstellen": schrony  dla urządzeń pomiarowych. Co 3 km, ciągnęły się od Żukowa Morskiego do punktu odległego 6 km od Kołobrzegu.      
Jak w I wojnie światowej, ze zwykłymi ludźmi nikt się nie liczył. Za  wywłaszczenia osoby prywatne miały otrzymać 75 tys. marek. Na budowę całego poligonu wojsko żądało w 1936 roku 7,4 mln marek.  
Jak utrzymać w tajemnicy wielki huk?
Już wtedy w okolicy pojawili się szpicle Abwehry, czyli niemieckiego kontrwywiadu. Tajny poligon objęto niewidzialną ochroną.  W 1937 roku wybuchł konflikt między wojskami lądowymi a lotnictwem. Wojska lądowe, do których należał poligon, nie informowały o planowanych strzelaniach z przepisowym wyprzedzeniem, co komplikowało szkolenie niemieckich lotników. Wojsko wyjaśniło, że strzelania wykonywane są po torze równoległym do brzegu i to umożliwia obserwację przez osoby postronne. Gdyby zapowiedzi odbywały się zgodnie z przepisami, mogłyby  ściągać do Darłówka szpiegów. „Aby przeciwdziałać zdradzie tajemnic państwa, należy terminy strzelań podawać do wiadomości jak najpóźniej” – napisał w dokumencie z lipca 1937 roku oficer nazwiskiem Becker.
Tajność i skrupulatność znajduje wyraz w dokumencie z 17 kwietnia 1936. Czytamy w nim, że pociski miały być wyławiane z morza przez nurków, zgodnie ze specjalną procedurą Kriegsmarine.
Giganty z Ruegenwalde    
Testy najcięższych dział polegały nie tylko na badaniu balistyki, ale także na sprawdzaniu ich zdolności burzenia i przebijania. W tym celu pod Darłowem, zwanym wówczas Ruegenwalde, budowano bunkry-tarcze. Zelbetowe ściany wypełniano torfem. Hitler chciał, by jego działa mogły przebić żelbet o grubości do 7 metrów i metrową płytę pancerną.
Zaczęto od testów działa kolejowego Kruppa kalibru 283 mm, kryptonim K5. Charakteryzowało się ono 21,5- metrową lufą, było umieszczona na lawecie na dwóch sześcioosowych podwoziach kolejowych. Zasięg: do 62,5 kilometra! Na taką odległość K5 przenosiła pociski o wadze ćwierć tony. Takie działa po testach odbytych w Darłowie ostrzeliwały Anglię z wybrzeży francuskich i Amerykanów pod Anzio we Włoszech na początku 1944 roku.  
Najbardziej imponującymi działami testowanymi w Darłówku były dwa gigantyczne bliźniaki: "Dora" i "Gustav".  "Dora" była cudem szatańskiej techniki. Ważyła 1350 ton - tyle, co tysiąc przeciętnych aut osobowych. Jej laweta wymagała po rozstawieniu dwóch równoległych torów. Przemieszczała się na ośmiu pięcioosiowych podwoziach kolejowych, czterech na torze z  prawej i czterech na torze z lewej strony. Montaż armaty wymagał aż czterech torów, bo na dwóch zewnętrznych przemieszczały się suwnice montażowe. Armatę "mamucią" na dalsze odległości przewożono rozłożoną na części w aż w 106 wagonach o łącznej długości ponad półtora kilometra (1653 m).
Obsługiwało ją 500 osób, pocisk do lufy ładowały specjalne podnośniki. By ciężkie działa mogły dojechać do Darłówka, trzeba było wzmocnić kilka mostów kolejowych. "Dora" trafiła tu na jesieni 1941 roku i tu po raz pierwszy wypaliła 25 listopada 1941 roku, oddając 6 strzałów. Z kolei 5 grudnia 1941 roku oddano z niej kolejnych 8 wystrzałów, pod różnymi kątami podniesienia lufy. Przy podniesieniu wynoszącym 65 stopni siedmiotonowy pocisk po trwającym dwie minuty locie spadł w odległości prawie 30 km. Wystrzelony pod kątem płaskim 15 stopni, w pół minuty przeleciał 18,5 km. Najdalszy dystans osiagnięto przy strzale z lufy podniesionej pod kątem 52 stopni. Siedem ton żelastwa po 103 sekundach spadło 37,2 km od Darłówka. To prawie tyle, co odległość z Darłowa do Koszalina.
Hitler patrzył na nią z nadzieją
Piątego kwietnia 1942 roku "Dora" pojechała na wojnę. Pod Sewastopol. Transport trwał trzy tygodnie. Kolejny miesiąc zajęła budowa torowisk do montażu i stanowisk ogniowych. Piątego czerwca 1942, w dwa miesiące po wyjeździe "Dory" z Darłówka, oddała ona pierwszy wystrzał bojowy. Potem nastąpiło kolejnych 52 wystrzałów. Niejednokrotnie pociski spadały 0,5, a nawet 1 km od celu. Ale odnotowano sukces: trafienie radzieckiego magazynu amunicji, ukrytego pod 10-metrową warstwą ziemi i żelbetu. Niektórzy twierdzą, że zrujnowanie tego magazynu spowodowało upadek Sewatopola.
"Dora" miała być użyta także pod Leningradem, lecz wróciła do Darłówka, gdzie kontynuowano próby, jak i z "Gustavem", jej bliźniaczym bratem. Testy dział ściągały do Darłowa niemieckich decydentów, z fuehrerem na czele. Był w Darłówku przez kilka godzin 19 marca 1943 roku i obserwował dwa wystrzały z najcięższego działa . Towarzyszyli mu generałowie, z głównym inspektorem wojsk pancernych, Heinzem Guderianem na czele - oraz minister uzbrojenia, młody i dynamiczny Albert Speer. Uwieczniła ich wtedy niemiecka kronika filmowa, zrobiono im sporo zdjęć.
Hitler wspierał prace rozwojowe nad najcięższą artylerią i patrzył na nie z nadzieją. Srodze się mylił. Wojna rozpętana przez zadufanego w wielkości stalowych luf dyktatora dowiodła, że przyszlość należy do artylerii rakietowej.
Wrażeniu potęgi trudno jednak było nie ulec. Jak relacjonują świadkowie, huk towarzyszący wystrzeleniu z lufy siedmiotonowego pocisku był tak wielki, że nawet zaprawieni artylerzyści mimowolnie padali na ziemię. Fala akustyczna wybijała szyby w Darłówku. Wypadały też z okien dawnego zamku króla Eryka w Darłowie, 4 km od miejsca, z którego strzelała "Dora". Jednak potęga mega-armaty, wbrew nadziejom Hitlera, nie wywarła wpływu na przebieg wojny.  Tuż przed bezwarunkową kapitulacją oba działa zniszczyli sami Niemcy.
Skamieliny gigantomanii
Ślady po poligonie hitlerowskich gigantów pozostały do dziś. To wielki pocisk "Dory" w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. W krajobrazie Darłówka  widoczne jest "Koloseum Śmierci", zwane też "Chińskim Murem". To gigantyczne ogrodzenie, z słupami wysokimi na około 12 metrów. Właśnie ono, widoczne z daleka z szosy koło Bobolina, przypomna słynne rzymskie ruiny. Ogradzało obszar o powierzchni ponad 10 ha, tylko z jednej strony ciągną się w pasie mierzącym pół kilometra. Stanowiły ogrodzenie stanowiska "Dory". W przestrzenie między słupami wtykano deski, które zasłaniały monstrum przed oczami osób postronnych. A nad nimi rozpościerano połacie siatek maskujących, aby gigant nie był widoczny z powietrza. Deski tłumiły także falę akustyczną  powstającą przy wystrzale. Była ona tak potężna, że łamały się i ustawicznie trzeba było je wymieniać.
Relikty stanowisk pomiarowych piasek odsłania czasami na plażach. Ale więcej śladów tej wielkiej inwestycji - na przykład wielki bunkier obserwacyjny, tajemnicze podziemia w obrębie "chińskiego muru" - można zobaczyć tylko wchodząc na teren wciąż jeszcze zajmowany przez wojsko. Od czasu do czasu jest to możliwe. Ogólnodostępne są  natomiast bunkry baterii przeciwlotniczej i zaporowej "Schwerin", które znajdują się niedaleko zachodniego falochronu portu w Darłówku, na zalesionej wydmie. Bateria stanowiła niegdyś m.in. ochronę poligonu gigantów przed ewentualnym atakiem z powietrza.
   

Autor: Marcin Barnowski

Darłowski poligon niemiecki dyktator wizytował przez kilka godzin w 1943 roku. Fot. archiwum autoraAby Dora mogła zająć stanowisko ogniowe, trzeba było zbudować dwutorową linię kolejową. Odpowiednio zakrzywioną, czyli w kształcie łuku. Celowanie w poziomie odbywało się poprzez przesuwanie giganta na łuku szyn, bo sama lufa unosiła się tylko w pionie.b_150_100_16777215_0___images_stories_2013-07_schwerin_korytarze_2.jpg

 

 

Dodaj swój komentarz

Imię :
Komentarz :