facebook

Statki z betonu, które nie tonęły PDF Print Adres email
Turystyka
Środa, 31 lipca 2013 07:12

b_150_100_16777215_0___images_stories_miejsce_zidentyfikowane_jako_pochylnia_gdzie_wodowano_betonowe_statki.jpgDarłowo na lato| Beton to twardość i ciężar. W przenośni tępota. W Darłówku jednak robiono z niego statki, które unosiły się na morzu. III Rzesza nadziała nim także lekkie piaski wydm po zachodniej stronie darłowskiego portu. Inżynierska myśl była lotna, lecz cel, któremu służyła straszny: wojna.

 

Pozostałości baterii przeciwlotniczej i zaporowej "Schwerin" stanowią największy kompleks bunkrów, które można obecnie zwiedzać w Darłówku. Od roku, dzięki pasji i ciężkiej pracy Mariana Laskowskiego i skupionej wokół niego grupy zapaleńców, zostały odkopane spod ton piasku i śmieci oraz udostępnione do zwiedzania. Mają pomieszczenia podziemne o powierzchni kilkuset metrów kwadratowych. Dzięki Marianowi Laskowskiemu, organizatorowi dorocznych zlotów pojazdów militarnych, mogą do nich wejść wszyscy, a nie tylko wyposażeni w specjalistyczny sprzęt speleolodzy. Przy bnunkrach eksponowany jest sprzęt wojskowy oraz eksponaty wykopane z piachu podczas prac porządkowych.
Sypialnia pod ziemią zachowała różowy kolor
Bateria to grupa bunkrów. Cztery to działobitnie, czyli żelbetowe podstawy dla armat. Wyglądają jak tajemnicze magiczne kręgi. Pośrodku każdego znajdują się dobrze zachowane stalowe obręcze i śruby. Do nich montowano obrotowe lawety dział. Dookoła tych kręgów znajdują się betonowe nisze na łuski wystrzeliwanych pocisków oraz takie, w których niegdyś Niemcy mieli podręczne zapasy amunicji, już uzbrojonej w zapalniki. We wnętrzu jednej z nisz do dziś zachowal się napis "Gefechtmunition" – "amunicja bojowa". W tych niszach służbę pełnili żołnierze, m.in. amunicyjni. Siedząc w trzewiach żelbetu, mieli wyciągać spore kilkunastokilogramowe naboje i podawać je kolegom na platformie armaty.Jedna z działobitni ma część podziemną, z pomieszczeniami socjalno-koszarowymi dla artylerzystów, połączoną podziemnym tunelem z dolną kondygnacją bunkra dalmierza. Były tu m.in. umywalnia oraz latryna bojowa. Taka, w której w czasie walki można by było załatwiać żołnierskie potrzeby fizjologiczne. Na co dzień ówczesne wojsko przyzwyczajone było do korzystania ze "sławojek", czyli prostych ubikacji na zewnątrz.
Bunkier pod działobitnią jest połączony z pomieszczeniami podziemnymi pod stanowiskiem dalmierza. Żelbetowe stanowisko Niemcy zbudowali na wydmowym wzniesieniu. Gdy działał dalmierz, wokół nie było jeszcze drzew, lecz co najwyżej niewysokie krzewy kosodrzewiny i wydmowe trawy. Wysokie usytuowanie zapewniało dobrą obserwację akwenów morskich przed wejściem do portu w Darłówku. Na górnej platformie stało specjalne urządzenie optyczne o szerokości czterech, a może nawet sześciu metrów, które pozwalało nie tylko zmierzyć odległość do celu, ale także określić jego prędkość, kurs i – w przypadku samolotów – także wysokość. Stąd kierowano ogniem baterii.
W części podzemnej znajdują się m.in. trzy sypialnie żołnierskie. Każda wyposażona z dwunastoma pryczami, zawieszonymi w trzech piętrach na łańcuchach przymocowanych do haków zamontowanych w suficie. Haki wciąż są. A także zawiasy, na których prycze można było składać i przytwierdzać do ściany. Zachowały się także resztki pierwotnej kolorystyki sypialni: w pierwszej jasnozielonej, w drugiej jasnoniebieskiej i – co trochę zaskakujące – jasnoróżowej w trzeciej.    
Wydmy Kriegsmarine
Baterię zbudowano najprawdopodobniej w 1937 roku, w tym samym czasie, gdy powstawały bliźniacze stanowiska artyleryjskie przy portach w Ustce i w Kołobrzegu. Na patronów tych środkowopomorskich baterii nadbrzeżnych hitlerowscy decydenci wybrali pruskich bohaterów wojen napoleońskich: Bluechera w Ustce, Schwerina w Darłówku i Nettelbecka w Kołobrzegu. Wzniesione dużym kosztem działobitnie na niewiele się zdały. Zostały obsadzone prawdopodobnie w 1939 roku, gdy niemiecka Kriegsmarine mobilizowała siły do wojny z Polską. Wówczas na działobitniach rozstawiono armaty przeciwlotnicze kalibru 10,5 cm, które mogły strzelać w morze na odległość do kilkunastu kilometrów i w powietrze, do samolotów przelatujących na wysokości nawet do 10 kilometrów. W sypialniach zakwaterowano alarmowo ponad 60 żołnierzy z Kriegsmarine, pewnie w większości powołanych do wojska z rezerwy, w ramach mobilizacji. Darłowskie armaty z wydm, w przeciwieństwie np. do usteckich, prawdopodobnie nie znikły z bunkrów po zakończeniu kampanii polskiej w 1939 roku. Są informacje, że szkolili się na nich później niemieccy adepci artylerii przeciwlotniczej niemieckiej marynarki. Miały też chronić supertajny poligon najcięższej artylerii niemieckiej na zachód od Darłówka. Testowano tu m.in. gigantyczną "Dorę". Armatom baterii Schwerin z Darłówka i obsługującym je żołnierzom przypisuje się zestrzelenie jednego brytyjskiego samolotu. Był to Halifax, który wystartował z Wielkiej Brytanii 15 września 1943 roku i prawdopodobnie miał wykonać nad okupowaną Polską jakąś misję specjalną. Podobno jego wrak wciąż spoczywa w Bałtyku koło Darłówka.
Statki zastępcze z betonu
Był jeszcze jeden obiekt, dla którego ochrony warto być mogło utrzymywać baterię "Schwerin" w gotowości bojowej. Była nim darłowska stocznia statków betonowych, działająca tuż obok, w porcie, niedaleko zachodniego falochronu. Jej historia wciąż jest tajemnicza i przez to bardzo ciekawa: dla laika beton to bowiem jedna z ostatnich rzeczy, które można by podejrzewać o to, że pływa.
Ale to możliwe, zgodnie z prawem Archimedesa o wypieraniu wody. Konstrukcja wypierająca więcej wody niż sama waży, będzie się na wodzie unosić. Niemcy postanowili to wykorzystać już w okresie I wojny światowej, gdy wojenna sytuacja zaczęła zmuszać ich do oszczędzania stali. Stali brakowało im także w czassie II wojny światowej, gdy intensywnie produkowali z niej czołgi, armaty i okręty. I właśnie wtedy kilku niemieckim planistom zaświtała w głowach myśl, by budować np. betonowe tankowce i inne statki transportowe. Seryjnie, jak samochody, wlewając beton w przygotowane formy. Chodziło o oszczędności i tak zwane ersatze, czyli środki zastępcze. Dzięki takim pomysłom, jak marmolada z buraków, margaryna zamiast masła i statki budowane z tańszego betonu, niż z droższej stali Hitler chciał po załamaniu się Blitzkriegu wygrać wojnę.Betonowce produkowano w kilku stoczniach. Jedna z większych powstała właśnie w Darłówku. Prawdopodobnie już pod koniec lat 30. W 1942 roku były tu już dwa suche doki. W nich formowano kadłuby. Po zastygnięciu betonu dok zalewano wodą i siła wyporu unosiła statek, aby z doku mógł wypłynąć na pełne wody. Powstał też pomost, przy którym montowano na zwodowanych statkach wyposażenie.
Darłowko wybrano na lokalizację stoczni dlatego, że leżało względnie daleko od baz lotnictwa alanckiego, blisko plaży stanowiącej ogromny rezerwuar piachu. W pobliżu był oboz jeńców radzieckich, z którego można było wykorzystywać do robót tanią jeniecką siłę roboczą.
Do dziś nie jest jasne, ile betonowych statków zbudowano w Darłowie. Na pewno trzy, ale może aż sześć. Dwa były tankowcami, którze III Rzesza planowała wykorzystywać do transportu syntetycznej benzyny z fabryki w Policach leżących nad Zatoką Szczecińską. Betonowy statek "Dagobert" pływał w czasie wojny między Świnoujściem a Szczecinem. W Zalewie Szczecińskim po wojnie znaleziono kilka wraków. Jeden zniszczony betonowiec jeszcze w latach 70. minionego wieku tkwił na plaży na wysokości Bobolina na zachód od Darłówka. Potem wysadzono go w powietrze. Morze czasem odsłania tu pozostałości prętów zbrojeniowych jego konstrukcji.     
     W powietrze wysadzono też samą stocznię w darłowskim porcie. Niemcy nie chcieli, by wpadła w ręce Sowietów. Ale zachowało się kilka pozostałości, m.in. pochylnia w zachodniej części portu i dziwne zabudowania. To gratka dla turystów, którzy lubią techniczno-historyczne poszukiwania.

Autor: Marcin Barnowski
Fot. Arkadiusz Szadkowski

    

REKLAMA


mt_ignore


      

 

Dodaj swój komentarz

Imię :
Komentarz :