facebook

Zapnijcie pasy! Boeing, Boeing wystartował! PDF Print Adres email
Demo content
Czwartek, 04 lutego 2016 10:34

_mg_6098Kiedy ktoś decyduje się na trzy narzeczone, z których każda myśli, że jest tą jedyną, to musi się to skończyć katastrofą… albo dobrą zabawą.

Dla poligamisty – trzy stewardessy to układ idealny. Wszystkie piękne, każda lata w innych liniach, na innych trasach, w innych strefach czasowych. O tym, kiedy znów zawitają w Polsce, decyduje rozkład lotów. Żadnych niespodzianek. Nie ma szans, żeby któregoś pięknego dnia wpadły na siebie. Chyba, że plany lotów niespodziewanie pokrzyżuje burza szalejąca nad Atlantykiem. Wtedy do przytulnego gniazdka pana Maxa zwalą się wszystkie trzy narzeczone. Temperamentna Niemka - Johanna, nieco histeryczna i podejrzliwa Polka - Jola i oczywiście „Emełrykanka” - Janet, szalona i nieobliczalna. A Maks – stuprocentowy macho – stanie się taki tyci, tyci… Ale nie myślcie sobie, że Maks się podda. Co to, to nie. Wspólnie z kolegą (spod Grunwaldu) i gosposią podejmą heroiczny trud ukrycia jednej narzeczonej, przed drugą, drugiej przed trzecią, trzeciej przed pierwszą itd. Co z tego wyniknie?

Samograj?
Salwa śmiechu za salwą, bo farsa, którą bielski teatr (nie po raz pierwszy zresztą) wziął na deski, napisana jest z idealnym wyczuciem. Śmiech niemal w każdej minucie. Wszystkie sceny tak poukładane, aby z widowni wycisnąć maksimum. Ta sztuka to po prostu samograj, choć Rafał Sawicki, odtwórca roli Maksa, protestuje wobec takiego uproszenia. - Nie ma czegoś takiego jak samograj. Tekst jest świetnie napisany, dialogi są błyskotliwe, ale u podnóża wszystkiego leży praca. Praca nad relacjami na scenie i nad pewną psychologią postaci. Nie będzie śmiechów na widowni, jeśli to co dzieje się na scenie, nie będzie autentyczne, jeśli nie przejmiemy się tym co przeżywają bohaterowie - tłumaczy. - Dla widza to ma być jak najbardziej śmieszne, ale postaci zazwyczaj przezywają ogromne dramaty, a spiętrzenie tych dramatycznych sytuacji w scenariuszu jest tak duże, że głowa może rozboleć.
Dzieje się tak, ponieważ, jak podkreśla Witold Mazurkiewicz - reżyser i zarazem dyrektor bielskiego teatru – Boeing, Boeing, jak każda farsa, ma to do siebie, że rozpędza się od początku, a potem już trudno ją zatrzymać.

Aktorzy i drzwi
W rolę stewardes wcieliły się piękne Agnieszka Rose, Oriana Soika i Wiktoria Węgrzyn. Sympatię publiczności od pierwszego wejścia zaskarbiła sobie Anita Jancia w roli Nadii, ukraińskiej gosposi Maksa, która, chcąc nie chcąc, wciągnięta zostaje najpierw w misterną logistykę miłosnego życia Maksa i trzech jego narzeczonych, a potem w całą akcję rozpaczliwego ratowania tego idealnego planu przed ostateczną ruiną. - Ja tu mam piekło z tymi jego babami – powtarza w kółko Nadia. Niezwykle udanie w rolę Maksa wcielił się wspomniany już Rafał Sawicki, a Pawła, starego kumpla spod Grunwaldu zagrał Mateusz Wojtasiński.
Jest jeszcze jeden aktor, czy też grupa aktorów, którą twórcy bielskiej inscenizacji nie bez powodu akcentują. Nieodzowne dla każdej rasowej farsy… drzwi. Do sypialni, pokoju gościnnego, kuchni, łazienki i pralni. To one sprawiają, że na scenie mamy ciągły ruch. Trzaskają nieustannie, otwierają się i zamykają, z rozmachem, po cichu, niespodziewanie (ku przerażeniu bohaterów i uciesze widzów), ktoś w nie puka, ktoś nimi obrywa, ktoś za nimi się kryje, czy też (za przeszklonymi matową szybą drzwiami do łazienki) bierze prysznic. A podczas premiery spłatały jeszcze tego dodatkowego figla, że w trakcie największego zamieszania na scenie, przy zamaszystym ruchu w ręku skonsternowanej (nie dała tego po sobie poznać!) aktorki została… klamka. Mniemam, że niepodziewanie.

Rekordzista w nowym tłumaczeniu
Dlaczego właśnie po ta sztukę sięgnął Witold Mazurkiewicz? - Boeing, Boeing, Marca Camolettiego to najchętniej grywana farsa na świecie (rekord wpisany do księgi Guinessa 17 500 wystawień w 55 krajach świata – przyp. red.) od Broadwayu, po produkcje filmowe, a w Polsce przeżywa swoją drugą młodość, za sprawą nowego tłumaczenia Bartosza Wierzbięty. Ciekawostką jest też fakt, że 42 lata temu sztuka była wystawiana również w bielskim teatrze (pod ówczesnym tytułem Latające Narzeczone). W głównej roli wystąpił debiutujący wówczas Kazimierz Czapla – wylicza reżyser i zarazem dyrektor bielskiego teatru.
Czas więc na drugą odsłonę. Słabych punktów brak, a dobra zabawa gwarantowana i to przez wiele sezonów. Ta farsa na pewno nie zejdzie szybko z afisza.

Tomasz Matlakiewicz


 

Dodaj swój komentarz

Imię :
Komentarz :