facebook
Zostało już tylko kilku obrońców PDF Print Adres email
Historia
Wtorek, 14 września 2010 11:00

Pola orne, w środku kamienie i badyle. Tak do 1961 roku wyglądały forty w Węgierskiej Górce. O tym jak powstawała pamięć o obrońcach Węgierskiej Górki, rozmawiamy z jednym z nich, por. Antonim Wolnym.

Porucznik Antoni Wolny mieszka w Węgierskiej Górce. W maju 1939 roku jako siedemnastoletni harcerz został wcielony w grono obrońców Węgierskiej Górki. Zajmował się pocztą gołębią. Przechwytywał ptaki, przenoszące rozkazy i przekazywał je bezpośrednio do rąk dowództwa obrony. W pierwszych dniach września wraz z wycofującym się wojskiem doszedł aż do Tomaszowa Lubelskiego. Tam, zwolniony ze służby wrócił do rodzinnej miejscowości. W 1940 roku zdemaskowany przez niemieckie władze okupacyjne został zesłany na roboty do Niemiec. Stamtąd uciekł i resztę wojny spędził w partyzantce. W 1945 roku, aresztowany przez UB i skazany na 5 lat więzienia. Po kilku miesiącach został zwolniony na mocy amnestii. W 1961 roku rozpoczął porządkowanie terenu wokół fortu wędrowiec i podjął starania o utworzenie w tym miejscu muzeum. Rok później zainicjował coroczne obchody ku czci obrońców Węgierskiej Górki. Dzięki ogłoszeniom prasowym nawiązał kontakt z kilkudziesięcioma żołnierzami, którzy w pierwszych dniach września 1939 roku uczestniczyli w walkach na Żywiecczyźnie. Założyciel i prezes Klubu Obrońców Węgierskiej Górki. Dziś jest już jednym z ostatnich żyjących obrońców Węgierskiej Górki. Oprócz niego przyjazd na wrześniowe uroczystości zapowiedział jedynie kpt. Stefan Gorczakowski z Sobótki pod Wrocławiem. Były lata kiedy na obchody rocznic wybuch II wojny światowej przyjeżdżało ich nawet 45.W całą machinę wojenną kampanii wrześniowej został pan włączony przypadkowo?
Miałem wtedy 17 lat, byłem harcerzem. Wszystko zaczęło się w maju, kiedy major Czarkowski przyjechał tutaj ze swoim batalionem budować forty. Miejscowym wydał polecenie: - Proszę czwórkę starszych harcerzy, niech się jutro u mnie na godz. 10.00 zameldują. Zameldowaliśmy się u majora. Odesłał nas na punkt łączności w Cięcinie.» Tamtejszy organista miał gołębie pocztowe. Zarekwirowano je dla armii, a nam przydzielono zadanie: przekazywanie gołębi dowódcom odcinków, odbieranie tych, które przylecą i przekazywanie rozkazów bezpośrednio majorowi Czarkowskiemu. Robiliśmy to od czerwca do września.

W sierpniu 1939 roku czuliście już, że wojna przyjdzie...
To już było duże napięcie, rygor. Ulicami chodziły patrole, nie wolno było nigdzie dalej chodzić. Wieczorem trzeba było gasić światła. Lada dzień spodziewaliśmy się ataku, byliśmy blisko granicy, a z tego co się mimochodem dowiedzieliśmy, Niemcy już pod granicę polsko-słowacką podchodzili. W nocy z 31 sierpnia na 1 września, późnym wieczorem już słyszeliśmy jakieś strzały, krzyki. Wiedzieliśmy, że coś się szykuje.

Jak się dowiedzieliście, że wojna wybuchła, jak przyjęliście tą wiadomość. Ze strachem?
Nie, z ekscytacją i nawet entuzjazmem. - Niech przyjdą, my im tu pokażemy. Dopiero potem wiedzieliśmy, co to jest wojna.

Od początku wiedzieliście jaka nawała idzie na was?
Tyle co ze słyszenia. Dopiero jak w październiku wróciliśmy to się dowiedzieliśmy, ile tu wojska Niemcy rzucili. Cieszyliśmy się że im dawaliśmy w skórę, ale wiedzieliśmy że trzeba będzie się wycofać. Taki był plan. Odgrażaliśmy się, że pokażemy tym skurczybykom, niech tylko się ustabilizujemy i przegrupujemy. Już w piątek 1 września, kazali likwidować gołębie. Otworzyć klatki, okna i drzwi, niech lecą w świat. Byliśmy tam jeszcze do soboty rano. Potem zameldowaliśmy się u majora i dostaliśmy rozkaz wycofania się w kierunku Żywca, tam patrol, kazał nam stać i kierować wojsko na Kocierz, a cywili na Porąbkę. Robiliśmy to do 2.00 w nocy z soboty na niedzielę. Jak most na Sole wyleciał w powietrze, odczekaliśmy jeszcze trochę, aż ostatni żołnierze do nas dotarli i zameldowaliśmy się w Kocierzu u Majora Czarkowskiego. Major kazał nam maszerować dalej.

Nie zwolnił was?
Nie, z całą armią doszliśmy do Tomaszowa Lubelskiego. Dopiero stamtąd wróciliśmy do domu. Od razu zaczęły się podejrzenia ze strony Niemców. W 1940 roku zostałem zwolniony z pracy, musiałem się ukrywać. W marcu 1940 roku powiedzieli, że ojca do Niemiec wywiozą, jak się nie zgłoszę.

Skąd się dowiedzieli, że pan walczył, ktoś pana wydał?
Tak podejrzewam. Tutaj było sporo zwolenników niemieckich, albo pseudopolaków. Niby Polak, a niemiecką gazetę trzymał w ręku, żeby go Niemcy widzieli. Jak mąż był jako taki, to żona twarda Niemka i tak to było. Na Lipowskiej w schronisku młodzieżówki niemieckie jeszcze przed wojną się spotykały. Ktoś z tych ludzi musiał mnie potem kiedyś wydać, że z wojskiem byłem 1 września. W każdym razie potem wywieźli nas do Niemiec na roboty. Przerzucili nas do Kędzierzyna.

Długo Pan tam nie zabawił...
Coś mnie tknęło, poprosiłem majstra, żeby mnie puścił na jeden dzień. Znał język polski, mówię: -Panie majster, moich rodziców wysiedlają z domu. Chciałbym choć na jeden dzień wyjechać, żeby wiedzieć, gdzie oni są.
Przepustki nie dał, ale powiedział - Jedź i pilnuj się, żeby cię nie złapali. Innego volksdeutscha proszę: - Kup mi bilet do Katowic. Kupił. Tak wróciłem do domu i uciekłem do partyzantki.

Nie wszyscy Niemcy byli źli...
Bywało i na odwrót. Z domu od czasu do czasu przysłano chleb i smalcu trochę. Ktoś podszedł i mówi - O, chłopie, dostałeś paczkę z domu, jedzenia masz dość, daj mi bloczek na obiad. Dałem mu, a w 45 roku ten sam człowiek tak mi dupę zlał w UB, że siedzieć przez dwa dni nie mogłem.

Za partyzantkę?
Wszystko jedno. Do Bielska do więzienia mnie zabrali, w Bielsku siedziałem miesiąc potem do Krakowa na Montelupich. Po 3 miesiącach rozprawa sądowa i wyrok - 5 lat odsiadki. Szczęśliwie były wybory prezydenckie Bieruta, amnestia była, skazanych do 5 lat wypuścili. Wracam do szkoły, nauczyciel podchodzi i pyta: - Za co siedziałeś? Mówię: - Za to i za to. Przyniósł dwa arkusze, na jednym miałem pisać, na drugim były rozwiązania zadań. Mówił: - Bierz i pisz, bo grozi ci dwója na koniec z matematyki. Tak mnie uratował.

Jak pan wspomina majora Czarkowskiego?
Miły, serdeczny, życzliwy, ale jak uścisnął rękę to aż zabolało. Najgorsze jest to, że jak major został ranny, to zabrali go do niemieckiego szpitala, stamtąd po wojnie trafił do Francji. Nie wiem czy z tęsknoty za krajem, czy z innych powodów, wrócił do kraju. Nie pamiętam gdzie, w każdym razie poszedł na ziemie zachodnie i został dyrektorem zakładu. Major miał wykształcenie, kwalifikacje, ale jak się dowiedzieli kim on jest, to z dyrektora tak go przestawiali na stanowiskach, że na końcu był zwykłym portierem i plac zamiatał. Ukrócili mu jeszcze emeryturę na koniec. Tak się traktowało nas żołnierzy. Dziś wcale nie jest lepiej. Młodzi żołnierze w wojsku mówią, -Jak będzie wojna, to plecaki pod nogi rzucimy i tyle nas widzieli. Po co się będziemy bić, żebyśmy potem guzik mieli, tak jak ci, co walczyli o Polskę w 39 roku? Tu nie chodzi o majątki czy jakieś gloryfikowanie ludzi, ale o to, żeby pokazać, że się tych ludzi docenia.

Jak wyglądały forty zaraz po zakończeniu wojny?
Jak się skończyła wojna to tu wokół fortu były pola orne, w środku kamienie, badyle. W 1961 roku zacząłem to wyrzucać, sprzątać, potem przyszli sąsiedzi, pomogli. W 1962 roku było tu już wszystko gotowe. Z kartonu zrobiliśmy plan sytuacyjny, rozmieszczenie ogni karabinów maszynowych itd. Później dodawaliśmy różne rzeczy. Zjeździliśmy po muzeach pół Polski. Tu działko przeciwpancerne dodaliśmy, tam karabin.

Znał pan osobiście tych ludzi, którzy siedzieli w fortach w czasie walk?
Tylko z widzenia, ale po wojnie w 1962 roku, jak dałem do gazety ogłoszenia to przyjechał Czesław Bykowski z żoną. On był w obsadzie fortu Wędrowiec. Poszliśmy do lasu, nałamaliśmy choiny, trochę kwiatów i takie wieńce złożyliśmy po raz pierwszy pod fortem razem ze świecami.

Wtedy dał pan ogłoszenie, żeby obrońcy się do Pana zgłaszali i przyjechali na obchody?
Na początku zgłosiła się tylko jedna osoba. Czesław Bykowski, który w Wędrowcu miał stanowisko obsługi karabinu maszynowego. Z czasem kontakt z nami nawiązało ponad 60 osób., a do Węgierskiej Górki przyjeżdżało coraz więcej, dziesięciu, dwunastu, a najwięcej przyjechało ich nawet ponad 40 osób.

Później zaczęło ich ubywać...
Końcem lat osiemdziesiątych, na początku dziewięćdziesięciu było ich już coraz mniej. Dziś zostało już chyba tylko dwóch. Ja i kapitan Stefan Gorczakowski. Ostatnio dzwonił do mnie i mówił, że się wybiera.

Dziękuję za rozmowę.

rozmawiał Tomasz Matlakiewicz

 

Dodaj swój komentarz

Imię :
Komentarz :