facebook

Moje Westerplatte PDF Print Adres email
Historia
Czwartek, 08 października 2009 10:40

Jeszcze przed wybuchem wojny, kiedy wiedzieliśmy, na co się zanosi, mówię: „Tadziu, jeśli ja tutaj zginę, pamiętaj, donieś mojej rodzinie, że ja tutaj poległem i przygotuj mi krzyż z drzew brzozowych”. Wtedy w okolicy fortu Waligóra rosło pełno brzóz.

stefangorczakowski

W jakim oddziale Pan służył, wtedy w Węgierskiej Górce?

Początkowo w 10. Batalionie Junackich Hufców Pracy. Po gimnazjum dostałem przydział do broni pancernej, do Modlina, ale zanim zacząłem tam służbę, jako dwudziestoletni chłopak zostałem skierowany do Węgierskiej Górki do budowania fortów.

Jak pan wspomina ten czas tuż przed wybuchem wojny?

Byliśmy zajęci budową fortów. Wolny czas spędzaliśmy na ćwiczeniach, śpiewaliśmy, kąpaliśmy się w Sole i łapaliśmy pstrągi. Przede mną był już pierwszy turnus budowniczych. My budowaliśmy bunkry od sierpnia już do końca. Początkowo na jedną zmianę, potem na dwie, a w końcu nawet na trzy zmiany. Jeśli chodzi o Waligórę, bo budowałem właśnie ten fort - tam nie można było dojeżdżać i dostarczać broni czy innych zapasów, wody i amunicji. My, junacy, musieliśmy na własnych plecach nosić to wszystko do fortu. W momencie wybuchu wojny mury bunkrów były jeszcze świeże. Nie było osłon, a otwory zasłaniano workami z piaskiem. To był poważny mankament. Niemcy mogli strzelać bez żadnej przeszkody.

Przeczuwaliście już na koniec sierpnia, że coś się może wydarzyć. Że Niemcy mogą atakować?

Myśmy wiedzieli o tym, choćby dzięki zarządzeniu, że należy się spieszyć. Kiedy zaczęto się już obawiać ataku niemieckiego, praca szła 24 godziny na dobę. Bardzo ciężko się pracowało. W ciągu dnia były upały, a wieczorem temperatura dochodziła prawie do zera. Nie wiedzieliśmy oczywiście, że to będzie 1 września. To było zaskoczenie. Niemcy nie wypowiedziały wojny.

Ale nie było tak jak na Westerplatte, że nagle z zaskoczenia Niemcy na was nacierają?

Myślmy nie od razu wiedzieli, że wojna wybuchła. Stacjonowaliśmy w pobliżu lasu. Tam był kiosk. W głośnikach 1 września nadano komunikat, że Hitler napadł na Polskę o godzinę tej, a tej. Potem było złośliwe naigrywanie się z Hitlera, że malarz itd. Byliśmy zaskoczeni. Słuchaliśmy tego z dużym zapałem, nawet z przyjemnością, nie zdając sobie sprawy z tego, czym to wszystko grozi. Wiadomość, że wybuchła wojna, przyjęliśmy jako coś ciekawego, że będzie przeżycie, przygoda, nowe doznania. Jako młodzi ludzie nie zdawaliśmy sobie sprawę z tego, co wojna przynosi.

Na pewno też nie zdawaliście sobie sprawy z tego, że to tak długo potrwa.

Na pewno nie.

Potem już czekaliście na Niemców.

Byliśmy po śniadaniu, patrzyliśmy w niebo, zaczęły nadlatywać samoloty z czarnymi krzyżami. Niektórzy junacy nie znali się, zaczęli nawet je witać i machać im. Starsi zwracali uwagę młodszym „Komu machasz, nie wiemy, jakie to samoloty”. Później dowiedzieliśmy się, że były to niemieckie samoloty zwiadowcze. Pierwsi Niemcy wkroczyli w te okolice dopiero w godzinach popołudniowych.

Gdzie pana przydzielono w momencie wybuchu wojny?

Do 1 Batalionu, 2 Pułku Strzelców Górskich w ramach Pierwszej Brygady Górskiej Korpusu Ochrony Pogranicza.

Znał pan majora Czarkowksiego?

Wysoki, przystojny, z bródką. Typ ułana przedwojennego, o pięknej aparycji. Jeździł na koniu.

A zachowanie?

Specjalnie nie utkwiło mi w pamięci. Najlepiej pamiętam jego elegancki wygląd.

Cieszył się dużą estymą wśród żołnierzy?

Jak najbardziej.

Czy 1 września wiedzieliście z czym będzie mieli do czynienia? Jakiej sile przyjdzie stawić czoło?

Nie. Nie orientowaliśmy się.

Myśleliście, że to będzie równa walka?

Myśleliśmy, że to my zwyciężymy, że odeprzemy Niemców. Byliśmy przygotowani i zabezpieczeni. Mieliśmy forty, a łatwiej jest się bronić niż atakować. Wierzyliśmy, że odeprzemy atak, że daleko Niemców nie wpuścimy.

Nagle się okazało, jaka jest siła Niemców?

Wtedy jeszcze się nie orientowaliśmy się na tyle. Kiedy atakowali, byli odpierani z fortów. Dopiero wieczorem Niemcy przedostawali się przez wolne pola na forty. Tam ich strącali, a tych, którzy starali się okrążyć bunkry, też ostrzeliwano z karabinów maszynowych. Niemcy podchodzili tak, że rzucali granaty i materiały wybuchowe do fortów, w otwory.

Pan to widział wszystko?

Mało wtedy widziałem. Myśmy wykonali swoje zadania. Zabezpieczyliśmy forty na zewnątrz, a potem wycofano nas i stacjonowaliśmy w lesie.

Kiedy zrozumieliście, jak silny jest przeciwnik?

Kiedy nas wycofywali w kierunku wschodnim, to za nami szły inne oddziały. Zrozumieliśmy wtedy, że musi być większa siła niemiecka, jeśli wypierają naszych na wschód.

Jakie uczucia towarzyszyły żołnierzom, kiedy wiedzieli, że lada moment nadejdą Niemcy. Baliście się?

Nie, raczej nie. Bardziej liczyliśmy, że o to jest okazja, aby się wykazać.

A gdy rozpoczęły się walki?

Raczej nie. Uważaliśmy, że to jest wielka przygoda. Gotowi byliśmy ponieść ofiarę. W literaturze opisywano, jaka to piękna śmierć bohatera na polu walki.

Dopuszczaliście możliwość, że możecie tutaj zginąć?

Ja przynajmniej tak. Inni podejrzewam również. Miałem kolegę, Tadeusza Hupałowskiego. Jeszcze przed wybuchem wojny, kiedy wiedzieliśmy, na co się zanosi, mówię mu: „Tadziu, jeśli ja tutaj zginę - pamiętaj - donieś mojej rodzinie, że ja tutaj poległem i przygotuj mi krzyż z drzew brzozowych”. Wtedy w okolicy fortu Waligóra rosło pełno brzóz.

Jak długo od wybuchu wojny tam stacjonowaliście?

Do 3 września. Wtedy zostaliśmy skierowani do Oczkowa. Pamiętam, że w okolicach Zadziela grupa żołnierzy polskich została otoczona przez większe siły niemieckie. Piętnastu naszych padło. Jeśli chodzi o Niemców, ich tam zginęło 47, może nawet więcej. Nie można się było zorientować, bo swoich zabitych bardzo szybko ściągali. A nasi, pokłuci bagnetami, którzy leżeli na polu i wołali o pomoc, o wodę, nie mogli się doczekać. Niemcy nie dopuszczali.

Czy w ogóle Niemcy respektowali jakieś prawa wojenne? Często dziś mówi się, że z szacunkiem podchodzili do załóg broniących się fortów.

Niemcy doceniali bohaterstwo obrońców. Gdy kpt. Tadeusz Semik dostał się do niewoli niemieckiej, miał okazję dowiedzieć się od oficerów niemieckich, że wtedy uważali, iż mają do czynienia z żołnierzami elitarnych oddziałów, którzy walczyli do ostatniego pocisku.

Obecny w czasie obchodów 70-lecia obrony Węgierskiej Górki Mirosław Rubas, prezes Stowarzyszenia Weteranów Polskich Formacji Granicznych opowiadał, że służbę w KOP traktowano jako wyróżnienie, a żołnierzy dobierano również w oparciu o ich właściwości etyczne. Może więc rzeczywiście Niemcy nie mijali się z prawdą, mówiąc o elitarnych jednostkach.

Raczej tak. Do KOP powoływano ludzi o silnej posturze, selekcjonowano ich ze względu na charakter.

Co się stało dalej, po dotarciu do Oczkowa?

Skierowano nas na wschód w kierunku na Kęty, Kraków, Tarnów, Ropczyce. Ropczyce całe w ogniu, ulice zapchane uchodźcami, wozami, taborami. W Ropczycach dowódca oświadczył: „Jeśli wy junacy nie jesteście po przysiędze, to nie macie obowiązku iść z nami do końca. Kto ma bliżej, może na własną rękę podążać do własnych domów”.

Czy to był taki czas, że wszyscy chcieliście zostać bohaterami?

Później już raczej nie. Chodziło nam o to, żeby wrócić do domu w mundurze. Byli tacy, którzy go zrzucali, ubierali się po cywilnemu, żeby w czasie spotkania z Niemcami nie uchodzić za wojskowych. Ja starałem się wrócić w mundurze i w mundurze wróciłem. Potem, kiedy wracałem do Złoczowa, żeby nie wpaść w ręce Niemców, bo zdarzało się że już mnie wyprzedzali, to szedłem w kierunku domu, a za dnia starałem się ukrywać lesie, czy w kopach siana.

Gdzie leży Złoczów?

W połowie między Tarnopolem a Lwowem.

Kiedy po wojnie po raz pierwszy znów usłyszał pan o Węgierskiej Górce?

W latach siedemdziesiątych. Bodajże w 1978 roku dostałem zaproszenie na spotkanie obrońców Węgierskiej Górki.

Jak do pana trafili?

Tam założony był Klub Obrońców Węgierskiej Górki. Na pewno wskazał mnie Antoni Wolny.

Znał go pan w czasie wojny?

Znałem. Był wtedy harcerzem. Dziś już jesteśmy prawie ostatnimi przedstawicielami obrońców. Oprócz nas jest ich jeszcze kilku, ale nie mają już zdrowia, żeby przyjeżdżać do Węgierskiej Górki.

Jak wtedy wyglądały te obchody? Podobnie jak teraz?

Najpierw była msza w kościele w Cięcinie. Tam nas było wtedy ok. osiemdziesięciu. Wielu z nich znałem: Jana Mazura, Józefa Pieczonkę, Edwarda Ostrowskiego, Edwarda Zabłockiego. Jak się spotkaliśmy po wojnie, to wiadomo - radość że przeżyliśmy, znów się spotkaliśmy.

Potem już co roku pan przyjeżdżał?

Tak, każdego roku.

Dowiadywał się pan po wojnie, co się dzieje z fortami?

Wiem, że fort Wyrwidąb wysadzono w powietrze. I to nie Niemcy, ale Polacy. Żal tego fortu. Chciałbym, aby istniały do końca świata, jako symbol tych walk. Do tego betonu wylało się wiele mojego potu.

Za rok przyjedzie Pan do Węgierskiej Górki?

Na pewno. Jeśli zdrowie pozwoli.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał
Tomasz Matlakiewicz

Więcej na ten temat:
Więcej na ten temat w artykule pt. Chwała Bohaterom.

 

Dodaj swój komentarz

Imię :
Komentarz :